O autorze
Urodziłam się w kwitnącym socjalizmie, wyjechałam z Polski jeszcze przed upadkiem muru berlińskiego, a teraz mieszkam w dwóch kapitalistycznych krajach, po obu stronach Odry. Ze studiów, które skończyłam za najbardziej kształcącą uważam realizację w Szkole Filmowej w Łodzi.Jestem berlińską warszawianką albo warszawską berlinianką. Po ponad 20 latach w zagranicą widzę świat, Europę, a szczególnie Polskę i Niemcy z perspektywy luki „rozdartej sosny”. Koncentrowałam się na tematach kulturalnych i turystycznych, żeby omijać polityczne, na które mam często zupełnie inne zdanie niż prasa polska czy niemiecka. Dlatego redagowałam gazetę o turystyce polskiej po niemiecku – „Polen News” i pracowałam w Centrum Sztuki Współczesnej – Haus der Kulturen der Welt, w Berlinie.

Z polskimi filmami w Niemczech nie jest jeszcze tak źle jak z albańskimi

Festiwal polskich filmów w Berlinie www.filmpolska.de

W Berlinie "toczy się" właśnie po raz kolejny ciekawa impreza - Filmpolska. Jest to coroczny festiwal, podczas którego można zobaczyć nasze najnowsze rodzime produkcje fabularne i dokumentalne. Filmpolska wrósł już w kalendarz wiosennych imprez kulturalnych Berlina i zdobył sobie swoją wierną publiczność. Rozpoczyna się on i głównie odbywa w kultowym kinie Hakesche Höfe w samym centrum stolicy Niemiec.

W tym roku 85 polskich ambitnych filmów można było zobaczyć w 7 innych ambitnych kinach Berlina. W trakcie dyskusji towarzyszącej festiwalowi na temat oglądalności i dystrybucji polskich filmów w Niemczech, okazało się, że nasze kino jest naprawdę ambitne i przez to nieznane wśród sąsiadów zza Odry. Publiczność, która przychodzi na polskie filmy należy do grupy zainteresowanych intelektualistów, pasjonatów kina lub są to po prostu Polacy, którzy nie mogą zobaczyć tych filmów w kraju.

W dyskusji wzięli udział fachowcy z branży filmowej: Christoph Terhechte - prowadzący Forum Berlinale, Torsten Frehse – dyrektor Neue Visionen Filmverleih, Heino Deckert - właściciel Deckert Distribution i Izabela Kiszka-Hoflik – odpowiedzialna za kontakty międzynarodowe w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. Rozmówcy przyznali, że polskie filmy należą do niedawno powstałego genre zwanego filmami festiwalowymi. A jeśli chodzi o szeroką publiczność, to „z kinem polskim w Niemczech nie jest jeszcze tak źle jak z albańskim” (cytat jednego z prowadzących).

Polski film potrzebuje tzw. door breakera czyli jedną dobrą produkcję, która wyważyłaby ciągle zamknięte drzwi zainteresowania na szeroką skalę Niemców polskimi filmami. Organizatorem festiwalu jest Instytut Kultury Polskiej w Berlinie. Jako napływowa berlinianka byłam do czasu świeżo usłyszanej dyskusji dumna, że my Polacy mamy taki wspaniały festiwal pokazujący co roku dorobek naszej kinematografii.

Niestety niemieccy rozmówcy twierdzili, że w ich kraju bardziej od polskiej znana jest nowa fala filmów rumuńskich. A z polskiej kinematografii znane są tylko nazwiska – Kieślowski, ale bardziej kojarzony z Francją albo Polański, ale z typowym amerykańskim touchem. Na szczęście pracowałam wcześniej w międzynarodowym centrum kultury w Berlinie, które organizowało część festiwalu Berlinale i wtedy nasłucham się wielu pozytywnych opinii specjalistów z całego świata o polskich filmowcach. Reprezentant Berlinale był zachwycony ilością polskich filmów, jaka jest podczas tego festiwalu pokazywana.

Wzruszony, a jednocześnie trochę przerażony był aktem artystycznym Wojcieszka, który wytatuował sobie na ręku napis Berlinale. Przedstawiciel dystrybutorów niestety przyznał, że polskie filmy są tak mocno osadzone w naszych realiach narodowych, że pozostają niezrozumiale dla zagranicznej publiczności tak jak chociażby film Róża opowiadający historię mieszkanki Mazur gwałconej przez kolejne armie przechodzące przez te tereny. Reprezentantka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej potwierdziła, że brakuje w Polsce silnych, oryginalnych osobowości reżyserskich, które mogłyby być tzw. door breaker.

I dlatego swego rodzaju ewenementem pozostaje nagroda dla nowatorskich filmów przyznana reżyserowi doświadczonemu Andrzejowi Wajdzie za Tatarak. Polska rozmówczyni zdradziła natomiast tajemnicę w jaki sposób walczy się w Hollywood o Oscara. Otóż angażuje się agencję PR, która dzwoni do poszczególnych członków jury i przekonuje ich o wartości promowanego przez nią filmu. Dobrze, że udało się przekonać członków do nominacji filmu Agnieszki Holland „W ciemności”, który był koprodukcją polsko-niemiecko-kanadyjską. W opisywanej dyskusji brało udział 5 prelegentów i… 35 słuchaczy, z czego połowa to byli stażyści zatrudnieni przy festiwalu. Jak widać niewiele osób, szczególnie spośród tzw, polskich decydentów filmowych, jest zainteresowanych faktyczną sytuacją polskiego kina w Niemczech.
Trwa ładowanie komentarzy...