O autorze
Urodziłam się w kwitnącym socjalizmie, wyjechałam z Polski jeszcze przed upadkiem muru berlińskiego, a teraz mieszkam w dwóch kapitalistycznych krajach, po obu stronach Odry. Ze studiów, które skończyłam za najbardziej kształcącą uważam realizację w Szkole Filmowej w Łodzi.Jestem berlińską warszawianką albo warszawską berlinianką. Po ponad 20 latach w zagranicą widzę świat, Europę, a szczególnie Polskę i Niemcy z perspektywy luki „rozdartej sosny”. Koncentrowałam się na tematach kulturalnych i turystycznych, żeby omijać polityczne, na które mam często zupełnie inne zdanie niż prasa polska czy niemiecka. Dlatego redagowałam gazetę o turystyce polskiej po niemiecku – „Polen News” i pracowałam w Centrum Sztuki Współczesnej – Haus der Kulturen der Welt, w Berlinie.

Niedzielny brunch po berlińsku -

- Prusacy są leniwi.

Jestem berlinianką, bo lubię do tego miasta wracać i traktuje je jak mój kawałek ziemi. Nie mogę powiedzieć, że jestem Niemką, chociaż w języku niemieckim już mam to, co Niemcy nazywają „Fingerspitzengefuhl”, co znaczy w symbolicznym tłumaczeniu „wyczucie opuszków placów”. Kiedy jestem w innych niemieckich miastach, zwiedzam je jak turysta, przysłuchuje się pilnie miejscowym dialektom. Tamtejsi tubylcy traktują mnie chyba jak berliniankę, bo posługuję się ogólnoniemieckim „Hochdeutsch”. Wracam z tych miast do siebie do Berlina, jak z podroży do innego kraju. W Polsce gdziekolwiek bym nie była czy w Ustrzykach Dolnych, Bydgoszczy czy Krakowie, wszędzie czuję się u siebie.



Lubię Berlin, a jeszcze bardziej lubię spokój berlińskich poranków. Mieszkam niedaleko centrum byłego Berlina Zachodniego w dumnej dzielnicy Charlottenburg, która niegdyś była księstwem. Z przeszklonej ściany mojej jadalni widzę na dole ulicę na co dzień pełną dachów spieszących się autobusów piętrowych. Żyje w centrum prawie 3,5 milionowego miasta i nic mi nie pozostało, jak polubić jego hałas. Latem czasem wstaje około 5 rano, kiedy rusza komunikacja miejska i odruchowo zamykam okno nie przerywając sobie snu. W niedzielę rano ulica na tyle cichnie i pustoszeje, że czasem mam wrażenie „the day after” – może wczoraj był wybuch bomby atomowej niszczącej prawie całą populację, a ja to przegapiłam.

W niedzielę w Berlinie rano na ulicach poza typowo turystycznymi szlakami, nie ma nie tylko samochodów, ale też ludzi. Berlińczycy – zarówno Ci rdzenni jak i napływowi z innych krajów lubią długo spać i nie przepracowywać się. Kiedy chodziłam koło 11 rano do pobliskiego niemieckiego kościoła, spotykałam jedynie na ulicach niedobitków w szybko naciągniętych dresach, którzy wypadli po świeże bułki do kiosku. W stolicy Niemiec prawie nikt nie spieszy na msze, bo mieszka tu tylko 10% katolików. Pozostałych 30% ewangelików jeździ do kościoła chyba autami, bo przez 20 lat nie zdążyłam ich zobaczyć idących pieszo. W Berlinie rano można bez wyrzutów sumienia spokojnie leniuchować, popatrzeć dłużej w okno, przeczytać banalny artykuł w gazecie, bo ma się świadomość, że wszyscy zwyczajowo nic nie robią. Jeżeli berlińczycy już opuszczają niedzielne pielesze swoich domów, to głownie po to, żeby pójść na brunch.

Brunch to optymalna możliwość spotkania się ze znajomymi miedzy późnym śniadaniem, a wczesnym obiadem, narozmawiania się z nimi bez ograniczeń czasowych i bez domowego przymusu ich dokarmiania. W Berlinie lubimy „branczować” na przykład w przytulnych kawiarniach wokół Savignyplatz. Powstała nawet strona internetowa www.brunch-berlin.de. Brunch przy tym nie jest drogi, bo kosztuje około 10 euro, więc każdego na niego stać. Czytając natomiast ogłoszenia kulinarne w prasie warszawskiej odniosłam wrażenie, że „branczowanie” jest głownie możliwe dla bogatszych i to w drogich restauracjach. Wygląda na to, że w ramach rekompensaty nieobecności spowodowanej intensywną pracą zabierają oni rodzinę do bardziej luksusowego hotelu na egzotyczny niedzielny posiłek. Ciekawe czy kiedykolwiek przyjmie się tradycja „branczowania” w mentalności polskiej. Tymczasem brakuje mi w Warszawie możliwości bezstresowego spotkania się w niedzielne przedpołudnie w sympatycznej kawiarence przy długiej kawie i wybieraniu ulubionych potraw ze szwedzkiego bufetu.

Kiedyś opowiadając z rozmarzeniem znajomemu Niemcowi o zaletach poranka niedzielnego w Berlinie, dowiedziałam się, że temu wszystkiemu winni są Prusacy, bo oni od zawsze byli leniwi, a w Bawarii to już od rana wstają i sprzątają. Chyba jednak mój rozmówca nie był ani urodzonym, ani oswojonym berlińczykiem.

„O jak dobrze, że nie mieszkam w Bawarii” – pomyślałam właśnie przeciągając się.
Trwa ładowanie komentarzy...